Dwie noce pod rzad mialem ciezkie sny.
Wczoraj, czyli w piatek obudzilem sie przerazony. Snilo mi sie, ze bylem w jakims budynku, otoczony rodzina, znajomymi. Widzialem ich, probowalem z nimi rozmawiac, ale jakos dziwnie nikt mnie nawet nie zauwazal. Czulem sie z tym zle, bardzo zle. Raz na jakis czas moj tata mnie dostrzegal, ale nawet kiedy na mnie patrzyl, bylo takie spojrzenie, gdzies przed siebie, w dal. Po jakims czasie zauwazylem, ze z posrod obecnych tam osob, dostrzega mnie jedynie moj najblizszy przyjaciel. Podszedl do mnie, zagadnal, na co ja, zapytalem co jest, ze wszyscy mnie ignoruja, albo nie widza. Wtedy uslyszalem tragiczna dla mnie odpowiedz: "jestes martwy, nie zyjesz, wiec nikt cie nie widzi." Zdebialem po tych slowach. Poczulem przeszywajacy bol, zaskoczenie, lek, strach, zawiedzenie. Ale jeszcze wtedy do mnie nie dotary slowa Przyjaciela. Sprobowalem raz jeszcze pokazac sie, zwrocic na siebei uwage, jednak nadal nikt mnie nie widzial, nie zauwazal mojej obecnosci. Jednak przez caly ten czas, czulem jak moj Przyjaciel mnie widzi. Widzac sytuacje, podszedl raz jeszcze i powtorzyl: "Nie zyjesz!!". Spojrzalem na swoja dlon, i zauwazylem jak zaczyna sie rozpadac. Rzeczywiscie, NIE ZYJE. Znow uczucie bolu, leku, niesprawiedliwosci, niezgody na zaistaniala sytuacje. Nie moglem sie pogodzic z tym, ze nie zyje. Wyrywalo sie ze mnie OGROMNE "N I E !!!", nie wyrazajace zgody na taki stan. Poczulem lzy, i ogromne pragnienie by odwrocic los, cofnac czas, po tylko, by moc zyc.
O 13 mialem terapie. Bylo to 3-cie spotkanie. Jechalem przygotowany w genogram jaki mialem przygotwac na ta wizyte.
Jak zwykle pani terapeutka przywitala mnie serdecznym usmiechem.
Zapytala co u mnie slychac od ostatniego spotkania. Bylem w szoku, jak dosc odwaznie powiedzialem co sie od tego czasu wydazylo. Opisalem jak sie poczulem zaraz po ostatniej wizycie. Wyszedlem wtedy z gabinetu wsciekly, wrecz wkurwiony. Na poczatku bylem zly na pania terapeutke. Nie wiedzialem tylko dlaczego. Myslalem, ze moze przez to, ze spotkanie nie trwalo 45 minut (czyli tyle ile wg ustalen trwac powinno). Pamietam, ze wtedy bardzo mnie to poirytowalo, ze spotaknie bylo takie troche "po lebkach", glownie przez ten czas (trwalo jakies 35minut).
No i wlasnie od tego zaczalem piatkowa terapie. Od powiedzenia jak sie czulem. Przez chwile balem sie reakcji terapeutki, ze mowie jej tak wprost, ze bylem na nia za to i za to zly, ze poczulem sie zaniedbany, takie wrecz "odfajkowany". Ale ona przyjela to jak na terapeutke przystalo ;) Zaczelismy troche o tym rozmawiac. Moja zlosc na nia, to nie tylko to, ze spotkanie bylo za krotkie. Jest kobieta. Ja kobietom nie ufam, a sytuacja z poprzedniego spotkania, przywolala odczucia, jakie mialem/mam w odniesieniu do mamy.
Ale co ciekawe, owo zdenerwowanie, i zlosc zywilem rowniez do samego siebie. Na tamtym spotkaniu, dalem sie "podejsc" terapeutce. Pozwolilem wrogowi sprytem zakrasc do mojej kryjowki, gdzie mogla dostrze moje mechanizmy dzialania, sposoby w jakie moj wewnetrznych "general" funkcjonuje. Dalem sie odkryc w dziecinny sposob. Przez chwile pozwolilem sobie na niekontrolowanie. A kontroluje siebie, wszystko, od kiedy siegam pamiecia.
Ale teraz ciesze sie bardzo, ze tak wlasnie wyszlo.
sobota, 21 lutego 2009
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)