sobota, 30 stycznia 2010

nocne rozmowy z WD

Jest 2:21 nad ranem. Pewnie nie zasnę jeśli tego nie napiszę.
Kilkanaście minut temu zadzwoniła Mysza. Wracała z urodzin od koleżanki. Ostatnimi dniami nasz kontakt był dość ograniczony, głównie z braków środków na jej koncie, choć z mojej strony, to było coś jeszcze. Od kilku dni wyczuwam w sobie dziwne napięcie, rozdrażnienie, zaryzykowałbym nawet stwierdzenia, że to złość, mocno związana właśnie z Myszą.
Z jednej strony uczucie tęsknoty powodowanej emigracyjną rozłąką, z drugiej ta nieokreślona bliżej złość, wywołująca narastającą potrzebę wycofania się, połączoną z chorą koniecznością pokazania dziwnego stanu "obrażenia", "zawiedzenia", "dystansu" nawet nie bardzo wiem jak to opisać. Teraz myśle, że to może po prostu strach przybiera dziwne oblicza.

Więc Mysza zadzwoniła, bo myślała że jeszcze nie śpię, bo chciała mnie usłyszeć, chwilę porozmawiać-doszła do wniosku, że to może ona wreszcie odezwie się pierwsza. Miłe, nawet bardzo. Oczywiście, gdzieś w środku obudziła się we mnie myśl, przywołująca wspomnienia zachowań matki. Cóż, od Myszy ciężko jest coś usłyszeć, stąd chyba bardziej woli smsy niż zadzwonić, a kiedy już zadzwoni, wydaje mi się to trochę dziwne. Tym razem zadzwoniła (co ucieszyło mnie bardzo mimo późnej pory), jednak "sytuacja" w jakiej dzwoniła-zapewne coś na imprezie piła-wywołała mieszane uczucia. Dziwne, kiedy ktoś zaczyna się otwierać dopiero kiedy wypije, nawet trochę. Nie łatwo mi to pisać, ale tak właśnie to odczuwam, mimo iż nie chce.
Nasza rozmowa została brutalnie rozłączona przez wyczerpanie środków na jej koncie. Ni stąd ni z owąd, te uczucia o których już wspomniałem pojawiły się na nowo, uderzając ze zwiększoną siłą. Tym razem poczucie złości było dośc mocne, a do tego pojawiła się chęć "ukarania" Myszy.
Abstrachując trochę od tego, jak choro i paranoidalnie to brzmi, postanowiłem zajrzeć do swojego środka, by zobaczyć skąd i po co takie emocje się pojawiają.
Ostatnio w ramach dbania o siebie, staram się rozmawiać ze swoim wewnętrznym dzieckiem, do którego zwracam się pieszczotliwie >>Mały<< Ów Mały, to chłopiec mniej więcej w wieku 1-2, blondynek z rozbrajająco cudownym uśmiechem, lekko pulchniutki na buzi, z pięknymi błękitnymi oczkami. Jednak tym razem, gdy próbowałem nawiązać z Małym kontakt, zobaczyłem chłopca w wieku mniej więcej 5-7 lat. Miał na sobie ciemny sweter a pod nim koszulę. Na głowie utworzył mu się z włosów "chyb", który wygniótł się w nocy. Ramiona miał splecione na klatce piersiowej, a jego twarz była mocno ponura, nabundziurzona. Cała jego postać wydawała się być po prostu szara, niewyraźna, jakby zamknięcie się w swojej złości, odrzuceniu, porzuceniu, w swojej dziecięcej traumie odbierało mu barw życia. Gdy go zobaczyłem, gdy go "poczułem" zdałem sobie sprawę, że to co czuję jako dorosły, pochodzi z tej części mojego wewnętrznego dziecka. Ta szara postać, to też >>Mały<< To ten sam chłopiec, tylko że już bardziej świadomy tego co się dzieje, widzący i czujący brak matki, ojca a raczej ich brak zainteresowania, rodzący złość, nieufność, strach, lęk. Ten Mały, zbudował już wokoł siebie mur wyrastający z porzucenia, ze wstydu, ze strachu, że znów zostanie odrzucony. Boi się Myszy-to strach przed nią przywołuje wszystkie wyżej opisane stany, uczucia, lęki. Widzę też, że od kiedy postawiłem się za Małym Blondynkiem i od kiedy nie pozwalam by Małpiszon go dręczył, to w sytuacjach, gdzie Małpiszon (czyli niska samoocena, wewnętrzne samookaleczanie, dokopywanie sobie) osłabł na sile i nie dochodzi do głosu, wtedy pojawia się Mały Szary, z ogromnymi pokładami złości, strachu, zawiedzenia, kierowanego do innych, a pośrednio do siebie samego.
Zacząłem z Nim rozmawiać. On był cały czas jak głaz-zimny, szary, bez ruchu. Ciężko było dostrzec choćby skrawek jakiejś emocji na jego twarzy. Zacząłem pytać, dlaczego jest taki smutny, co takiego sprawia/sprawiło, że czuje tak a nie inaczej.
Nie dostając werbalnych odpowiedzi, zacząłem mówić, że doskonale go rozumiem, że wiem o jego żalu w stosunku do matki, za to, że nie dała mu tyle ciepła i uwagi ile potrzebował, że rozumiem jego złość. Powiedziałem mu, że matka czy tato, kochali go i kochają nadal, i dali mu tylko tyle ile sami byli w stanie dać. Nie usprawiedliwiałem ich, przedstawiłem jedynie sytuację z pewnej dalszej perspektywy, tak by Mały Szary mógł się z tym inaczej poczuć. Nawiązałem do Myszy. Powiedziałem Mu, że rozumiem też to, że się jej boi, że odczuwa lęk przed bliskością, otwartością, szczerością, przed wpuszczeniem kogoś obcego do "nas". Poprosiłem go, by dał jej, nam szansę. Prowadząc ów monolog, wspomniałem Mu, że jego doświadczenie kobiet, a szczególnie matki, nie jest dobrym i jedynym doświadczeniem. Pokazałem, że nie wszysykie kobiety są takie same, zaczynając od cech cielesnych-niektóre są grube, niektóre chude, wysokie, niskie, białe, czarne, z taką twarzą, taką twarzą, że są takie które piją alkohol (tu dodałem, że również po to by przeżyć, by przetrwać), że są takie które porzucają bądź nie opiekują się należycie dziećmi (starałem się pokazać ewentualną głębszą przyczynę-ucząc Małego Szarego widzenia czegoś więcej, tego co jest głębiej, bez powierzchownego oceniania), ale że są też i takie które nie piją, okazują zainteresowanie swoim dzieciom, miłość, szacunek, przytulają, głaszczą po głowie, uśmiechają się, i że danie szansy Myszy i nie ocenianie jej, jest czymś dobrym, i nie musi sie tego obawiać, bo nie pozwolę go skrzywdzić, i że nie przestanę się nim opiekować kosztem Myszy.

Mały Szary zaczął się zmieniać, jego twarz nieco pojaśniała, a ramiona poluźniły zacisk. Dałem mu do zrozumienia, że wiem że brak mu tego czego nie zdołał dostać od rodziców, a czego nadal bardzo Mu brak. Powiedziałem, że od nich już tego nie otrzyma, że ten czas minął, jednak szybko dodałem, że teraz ja się nim zajmę, że nie musi się już bać, że wojna skończona, mury mogą runąć, a w ich miejsce niech zostaną ustanowione nowe, zdrowe granice.
Przytuliłem go mocno, pocałowałem, i powiedziałem że go bardzo, bardzo kocham. Pomogłem Mu zdjąc przykusy sweterek, koszulę z kołnierzykiem, położyłem go spać, by wreszcie biedny Mały mógł odpocząć. Kładąc go spać, na jego twarzy zauważyłem delikatny uśmiech-była w nim radość i zdumienie nową sytuacją, gdzie nie musi siedzieć ze sztywno splecionymi rękami, "sztywniacko" ubrany.