Dobrze jest zadbać o siebie.
Ponad tydzień temu rozstałem się z panią Y. Z dokładnie tą samą, o której wspominałem w poprzednich postach.
Już po miesiącu znajomości (spotykaliśmy się kilka razy w tygodniu), czułem w środku, że jednak to nie to, czego szukam, i pomimo wielu rzeczy które nas łączą, przepaść między nami jest zbyt duża.
Już na początku naszej znajomości postawiłem na szczerość. Powiedziałem, że jestem DDA, że jestem w trakcie terapii. Od niej usłyszałem dość podobną historię i stwierdzenie, że też jest DDA. Żyła przeświadczeniem, że skoro jej siostra jest psychoterapeutką, to ona tak jakby sprawę DDA ma za sobą.
Im bardziej w las, tym ciemniej. Podobnie i tutaj. Im bardziej poznawałem ją, tym bardziej zauważałem działające mechanizmy, z których sam dzięki pracy na terapii wychodzę, a które dla niej wydają się być po prostu jej integralną częścią.
Patrząc już trochę z perspektywy czasu, widzę ile sił kosztowały mnie spotkania z panią Y. Często było tak, że siedząc obok niej miałem wrażenie że jest ubrana w metalową siatkę, mocno krępującą jej wszelkie ruchy, odczucia, spontaniczność.
Gdy spotkaliśmy się ostatni raz było podobnie. Nakręcona wrażeniami z nowej pracy nie przestawała mówić. OK, nie ma w tym nic złego, no chyba że w tym wszystkim ona nawet nie zauważa mojej obecności.
Potok słów i od czasu do czasu "a co u ciebie", i gdy juz próbowałem powiedzieć co u mnie, natychmiast ona dodawała coś, komentowała, po czym milknęła, a ja nie pamiętałem co chciałem powiedzieć. Gdy sytuacja powtórzyła się kilka razy, po prostu grzecznie powiedziałem, że ona w ogóle mnie nie słucha. Te słowa mocno ją zszokowały, bo zaraz dorzuciła swoje 2 grosze, mówiąc, że dziś właśnie jej koleżanka z pracy mówiła, jak to ona świetnie ją słucha, jak sie jej dobrze z panią Y rozmawia. Ok, to może tylko mnie nie słucha:)
Wytłumaczyłem jej więc, na czym polega rozmowa. Kiedy jedna osoba mówi, druga słucha-słucha w milczeniu i z pustym, czystym umysłem, bez projekcji i własnych doświadczeń na temat o którym opowiada właśnie rozmówca.
Dałem przykład (jasno podkreślając-że to przykład). Zakładam że oboje znamy Pub B. Powiedzmy, że ja go nie lubię a pani Y uwielbia. I kiedy zaczynam mówić o swoich odczuciach, emocjach związanych z tym miejscem, pani Y zamiast wysłuchać tego co ja mam do powiedzenia, już w połowie mojego zdania widzi oczyma myśli to miejsce, i czuje że ja nie mam racji, bo ona przecież lubi to miejsce. A gdyby tylko na ten moment wyłączyła projekcje i myślenie, i spróbowała wysłuchać co ja mam do powiedzenia w temacie Pubu B., dała mi wyjaśnić moje uczucia, oboje bylibyśmy bogatsi po takiej rozmowie, nasza "mapa świata" wzbogaciłaby się.
No i podałem ten przykład, i co się stało? Coś czego nawet nie przewidziałem, pani Y zaczęła się odnosić do przykładu, jak do czegoś rzeczywistego. Zaczęła mnie przekonywać, że ja mogę mieć inne zdanie o Pubie B. ale ona osobiście uwielbia to miejsce. Wyobrażacie sobie moje zdziwienie? Przemówiłem raz jeszcze do Y, tłumacząc jej, że właśnie sama udowodniła, że mnie nie słucha. Powiedziałem kilka razy, że to o Pubie B. to tylko przykład, który wzięła za prawdę (że ja teraz wygłaszam swoją ocenę o tym miejscu i co gorsza owa ocena nie zgadza się z jej odbiorem rzeczywistości). Sama była w szoku, że rzeczywiście mnie nie słucha.
Zapytałem jej w końcu, jak ona sobie dalej wyobraża naszą relacje. Czy chce spróbować raz jeszcze, czy woli się rozstać. Dostałem odpowiedź, typu "sama nie wiem, chyba potrzebuję czasu, więc poczekamy zobaczymy jak będzie".
Zapytałem więc, jak ona to sobie wyobraża. Czy wie, że podejmując taka "decyzję" skazuje mnie na życie w zawieszeniu?
Wziąłem więc sprawy w swoje ręce, i powiedziałem że w świetle zaistniałej sytuacji i wielu innych czynników, ja podejmę decyzję. ROZSTAJEMY SIĘ! Była lekko zmieszana, ale zaraz dodała że to w sumie dobry wybór, dobre rozwiązanie, na które ona nie mogła się odważyć.
Zapłaciliśmy za siebie w kawiarni i wyruszyliśmy do domów.
Postanowiłem ją kawałek odprowadzić. Gdy tak szliśmy w środku czułem, że bardzo coś chcę powiedzieć, COŚ czego nie powiedziałem po rozstaniu z ex-żoną.
Idąc czułem złość i czułem się nieco oszukany. Bo znowu byłem w układzie, gdzie dwie osoby mają podobny problem, i tylko ja coś robię w kierunku rozwiązania tegoż problemu.
Powiedziałem jej, że czuje że chce, potrzebują coś jeszcze powiedzieć. I żeby nie czuła, że ją atakuje czy coś w tym stylu. Na to na od razu, prawie ze łzami w oczach: "jeśli chcesz powiedzieć coś co mnie zrani, to lepiej tego nie rób". Po takim tekście od razu włączyła mi się osobowość zjednująca, i to że nikogo nie mogę ranić. Jakimś jednak cudem przywołałem się do porządku, i powiedziałem że nie mam zamiaru jej ranić, a chce to powiedzieć, bo czuje że to jest dla mnie ważne.
Powiedziałem więc to, że nie mam zamiaru czuć się winny, że to przeze mnie się nie udało, że za mało się starałem, a wręcz przeciwnie, czuję się trochę oszukany, bo znowu wpakowałem się w sytuacje, gdzie po cichu było tak, że to ja mam największy problem, stąd nad nim pracuję, a druga strona wszak po różnych przejściach, radzi sobie sama wyśmienicie.
Powiedziałem to, i poczułem ulgę. Zrobiłem wreszcie coś, na co nie miałem odwagi w sytuacji z moja byłą żoną.
Dobrze jest zadbać o swoje potrzeby :)
piątek, 22 maja 2009
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)