Na ostatnią terapię szedłem z mieszanym uczuciami. Na dwa dni przed zacząłem się jej wręcz bać, o czym na początku spotkania opowiedziałem terapeutce. Poczułem lęk, że nie mam pomysłu na dalsze spotkania, że temat mi sie po prostu wyczerpał. Do nie dawna myślałem, że terapia przebiega według ściśle określonego schematu, gdzie to terapeuta decyduje o wszystkim, a my, "tylko" idziemy za nim. Ostatnio doszedłem do wniosku, że mojej terapeutce zaczyna brakować pomysłu na moją terapię. Od kilku dni schemat spotkań był taki sam: ja przychodzę, siadam wygodnie, po czym pada pytanie "Co u pana od ostatniego spotkania", wtedy ja opowiadam, terapeutka dopytuje, pokazuje nowe oblicza tego o czym mówię, następnie po upływie 45 minut rozstajemy się. Zauważyłem, że to co się dzieje na bieżąco, staje się w pewnym sensie tematem zastępczym na spotkaniach. Myślę więc, że stąd wziął się mój lęk, obawa, że nie mam tematów do dalszej pracy. Całe szczęście ktoś ostatnio wyprowadził mnie z błędnego widzenia terapii. Usłyszałem, że to ja w dużym stopniu wpływam na to co się dzieje na spotkaniach, jak one wyglądają, że to jaki widzę cel w tej terapii , kreuje ją. Całe szczęście, moje obawy przed spotkaniem okazały się bezpodstawne, co stało się oczywiste, już po kilku minutach w gabinecie. Wśród kilku poruszonych tematów, najbardziej poruszył mnie "Błazen".
W rodzinach alkoholowych, dzieci często przyjmują różne role, postawy, mające na celu rozładowanie napięć w domu, odwrócenie uwagi od problemów, sytuacji nieprzyjemnych, bądź które budzą w dziecku lęk i przerażenie. Stąd mamy postawy bohaterów, postaci zjednujące, kozły ofiarne, błaznów, i pewnie jeszcze parę innych.
Pamiętam, że w dzieciństwie, każda z tych ról była mi bliska. W zależności od czasu i okoliczności odgrywałem jedną z nich.
Na ostatniej terapii, wspomniałem o moim tzw. alter ego, zabawnym hinduskim ludku, Dinesiu Gupcie.
Pojawił się on jakiś rok temu. Teraz wiem, że jego zadaniem było rozładywanie napięć, sytuacji stresowych, w grupie ludzi, z którymi przebywałem w tamtym okresie.
Opowiedziałem o Dinesiu terapeutce, a ona zauważyła, że gdy o nim mówię, to tak jakbym mu czegoś zazdrościł. Pomyślałem wtedy, że zazdroszczę mu tego braku konsekwencji. Dineś pojawia się nagle, żartuje, i nawet jak mu dowcip nie wyjdzie, to i tak jego nikt za to nie oceni, nikt mu nie zabroni dowcipkowania, nikt go nie zruga za to.
Gdy ja żartuję, od razu oczekuję reakcji otoczenia, reakcji, której bardzo się boję.
Gdy byłem mały, na taką spontaniczną radość, żartowanie, mogłem sobie pozwolić, gdy udawałem Jasia Fasolę. Wtedy Tato był ze mnie zadowolony, ewentualna sytuacja napięcia zostawała rozładowana. Przez lata, tkwiłem w przekonaniu, że takie żartowanie to normalna sprawa, że to właśnie ja. Teraz stanąłem w miejscu, w którym widzę że byłem w błędzie, i idąc dalej, należałoby się pożegnać z Dinesiem, i jeszcze pewnie nie do końca zapomnianym Jasiem Fasolą. Nie znaczy to, że nie będę żartował. Będę, ale nie wtedy gdy sytuacja staje się napięta, i ja muszę zrobić "COŚ" by ją rozładować, stając się Błaznem. Chcę nauczyć się, jak zachowywać się w takich sytuacjach, i żartować wtedy kiedy na prawdę będę tego chciał, nie martwiąc się przyjęciem bądź odrzuceniem otoczenia.
wtorek, 21 kwietnia 2009
środa, 1 kwietnia 2009
korzystając z bezsenności
Nadal nie śpieszno mi w objęcia Morfeusza, więc kontynuuję. Właściwie to jestem teraz tu, bo natłok myśli nie pozwolił mi by spokojnie zasnąć. Jak można poczytać poniżej, to trochę się jednak u mnie dzieje. Zanim jednak przejdę do sedna, a raczej do tego co mi po głowie chodzi, muszę dodać kilka najnowszych szczegółów z mego życia.
Po zawirowaniach z Panią X, jakiś czas później, poczułem że może by tak spróbować poznać kogoś trochę inaczej niż jak dotychczas. Inaczej, znaczy się bez podtekstu erotycznego. Tak więc też zrobiłem. Internet przyszedł z pomocą. Znalazłem ciekawą osobę, zaczęliśmy mailować. Znaleźliśmy wiele wspólnych tematów. Po kilku dniach spotkaliśmy się w realu. Sam fakt, że randka trwała 5 godzin, świadczy że była bardzo udana. Kobieta ładna, inteligentna, miłą, uśmiechnięta. W ogóle całe spotkanie było dla mnie szokujące, bo czułem się bardzo dobrze, nie udając, nie grając, tylko po prostu będąc sobą, co więcej, taki jaki jestem, okazałem się bardzo ciekawym i wartym poznania człowiekiem.
Od tego czasu spotykamy się, nadal mailujemy, poznajmy bliżej. Wszystko to jest dla mnie nowe, bo zaczęte jakże inaczej. Ale dostrzegam teraz, że w pewnym sensie jest to dla mnie dość nazwijmy to nienaturalna sytuacja, bo po prostu nigdy wcześniej tak nie rozpoczynałem znajomości z kobietą-partnerką.
I teraz wytworzyła się taka dośc ciekawa sytuacja, kiedy od zakończenia sprawy z Pania X, moje libido (do tego momentu znaczne) nagle gdzieś uciekło. Do tego doszła nowa znajomość, będąca dla mnie czyms całkie nowym pod wieloma względami (tak na prawdę, dopiero teraz byłem na prawdziwej randce), gdzie nie potrafię "ulokować" sfery seksu. Chodzi o to, że z dość namiętnego osobnika, przeszedłem do stadium zbliżonemu aseksualności (świadom jestem że to wszystko się cały czas, gdzieś tam zmienia), gdzie w pewnym sensie jestem gotów wycofać się z tej relacji, bo nie czuje "chemii". Ale jak tak spojrzę, to nie tylko w stosunku do Niej, nie czuję pociągu (przynajniej teraz), ale też do inych kobiet, gdzie wcześniej widząc tą czy inną takowy pociąg bym czuł.
Piszę to z pewnym dystansem, bo tak na prawdę nie wiem co o tym myśleć, jak się do tego ustosunkować. Stąd nie podejmuje żadnych kroków, októrych wspominam. To mi teraz zaprząta głowę, nie pozwalając spać...
Związki dla mnie, zwłaszcza teraz, gdy wszystko nadal jest bardzo świeże, to wciąż sfera niezbadana. W sumie po analizie mojego genogramu, doszliśmy z terapeutką do tego, co w rodzinie od pokoleń jest tematem tabu:
a/ związki;
b/ rlacje z innymi i okazywanie uczuć;
c/sex.
Niby tak nie wiele, a jednak wystarczające by mocno skomplikować życie.
A teraz chyba pójdę spać.
Po zawirowaniach z Panią X, jakiś czas później, poczułem że może by tak spróbować poznać kogoś trochę inaczej niż jak dotychczas. Inaczej, znaczy się bez podtekstu erotycznego. Tak więc też zrobiłem. Internet przyszedł z pomocą. Znalazłem ciekawą osobę, zaczęliśmy mailować. Znaleźliśmy wiele wspólnych tematów. Po kilku dniach spotkaliśmy się w realu. Sam fakt, że randka trwała 5 godzin, świadczy że była bardzo udana. Kobieta ładna, inteligentna, miłą, uśmiechnięta. W ogóle całe spotkanie było dla mnie szokujące, bo czułem się bardzo dobrze, nie udając, nie grając, tylko po prostu będąc sobą, co więcej, taki jaki jestem, okazałem się bardzo ciekawym i wartym poznania człowiekiem.
Od tego czasu spotykamy się, nadal mailujemy, poznajmy bliżej. Wszystko to jest dla mnie nowe, bo zaczęte jakże inaczej. Ale dostrzegam teraz, że w pewnym sensie jest to dla mnie dość nazwijmy to nienaturalna sytuacja, bo po prostu nigdy wcześniej tak nie rozpoczynałem znajomości z kobietą-partnerką.
I teraz wytworzyła się taka dośc ciekawa sytuacja, kiedy od zakończenia sprawy z Pania X, moje libido (do tego momentu znaczne) nagle gdzieś uciekło. Do tego doszła nowa znajomość, będąca dla mnie czyms całkie nowym pod wieloma względami (tak na prawdę, dopiero teraz byłem na prawdziwej randce), gdzie nie potrafię "ulokować" sfery seksu. Chodzi o to, że z dość namiętnego osobnika, przeszedłem do stadium zbliżonemu aseksualności (świadom jestem że to wszystko się cały czas, gdzieś tam zmienia), gdzie w pewnym sensie jestem gotów wycofać się z tej relacji, bo nie czuje "chemii". Ale jak tak spojrzę, to nie tylko w stosunku do Niej, nie czuję pociągu (przynajniej teraz), ale też do inych kobiet, gdzie wcześniej widząc tą czy inną takowy pociąg bym czuł.
Piszę to z pewnym dystansem, bo tak na prawdę nie wiem co o tym myśleć, jak się do tego ustosunkować. Stąd nie podejmuje żadnych kroków, októrych wspominam. To mi teraz zaprząta głowę, nie pozwalając spać...
Związki dla mnie, zwłaszcza teraz, gdy wszystko nadal jest bardzo świeże, to wciąż sfera niezbadana. W sumie po analizie mojego genogramu, doszliśmy z terapeutką do tego, co w rodzinie od pokoleń jest tematem tabu:
a/ związki;
b/ rlacje z innymi i okazywanie uczuć;
c/sex.
Niby tak nie wiele, a jednak wystarczające by mocno skomplikować życie.
A teraz chyba pójdę spać.
Bezsenność i natłok myśli.
Bezsenność i natłok myśli.
Nie mogę zasnąć. Czuję się mocno pobudzony, do tego jeszcze włączyło mi się rozmyślanie...
W sumie może to i nawet dobrze, bo wreszcie jest sposobność do odświeżenia bloga, a raczej napisania choć trochę co się u mnie dzieje, a dzieje się całkiem sporo.
Ostatni raz pisałem o braku zaufania do kobiet. Nie rozwinąłem wtedy tego bardziej, a był to akurat dość ciekawy i burzliwy moment mojego życia. Stało się tak,że poznałem dziewczynę via internet. Zapoznawanie się z ową kobietą, miało dokładnie taki sam charakter-schemat, jak to do tej pory bywało. Schemat-zamiar w miarę prosty. "Chcę być z kimś", niby nic nowego, a jednak w moim przypadku oznaczało to szukanie takiej partnerki, która będzie choć w jakimś stopniu odpowiadała mojemu modelowi "tej właściwej" kobiety. Dość smutne to, ale w moim przypadku oznaczało to dokładnie tyle co poszukiwanie kobiety, która prędzej czy później zdradzi mnie, innymi słowy kobiety w miarę łatwej.
Poznałem Panią X, i praktycznie od samego początku chodziło o sex. Oczywiście chcieliśmy się spotkać. Trochę rozmawialiśmy na gadu gadu, dzwoniliśmy do siebie, próbowaliśmy się lepiej poznać. Ale w tym wszystkim i tak chodziło głównie o sex, i to było jasno komunikowane przez obie zainteresowane strony. Szybko okazało się, że Pani X, też miała dość ciężką przeszłość, rzekłbym mocno dysfunkcyjną, i słysząc to, wcale mnie to nie dziwiło, bo już przecież przywykłem do takich kobiet, że takie właśnie przyciągam. Z jednej strony bardzo chciałem być z kimś na poważnie, na stałe, na normalnych zasadach, z szacunkiem, zaufaniem, miłością, z drugiej nieświadomie szukałem kobiet, które były dokładnie zaprzeczeniem tego pierwszego. Tak samo było i w tym przypadku.
Z racji odległości jaka nas wtedy dzieliła, i zaistniałej sytuacji, próbowaliśmy sie jakoś spotkać. Takie pójście na żywioł, a potem zobaczy się co będzie. No i ja w tym całym obłędzie, byłem gotowy do niej pojechać. Przynajmniej tak mi się wydawało. Było to dla mnie o tyle ciekawe, że po prawie 2 latach całkowitego braku jakichkolwiek spotkań z kobietami, coś wreszcie miało się wydarzyć. DO tego z naprawdę ładną kobietą, która na mnie zwróciła uwagę! To było jak obłęd. Z jednej strony "magia" i chemia takowego spotkania, z drugiej zdrowy rozsądek, i bilans tego co, takie spotkanie może mi/nam przynieść.
Nie było łatwo. Miałem do niej jechać w piątek, a od czwartku zaczęły się poważne wątpliwości w sens tej eskapady. Mnóstwo emocji kotłowało się we mnie, co dość mocno odczuwałem na wysokości splotu słonecznego, jako potężny ucisk, utrudniający swobodne oddychanie. Do tego fale buzującej namiętności, i rozum...
W piątek pojechałem na terapie. Powiedziałem o wszystkim Terapeutce. Wysłuchała mnie uważnie, po czym nie skomentowała. Szczerze, to liczyłem po cichu, że ona mi powie co powinienem zrobić w tej sytuacji. W sumie jeszcze przed wizytą, miałem długą rozmowę z Przyjacielem w tej kwestii. Podał wiele rzeczowych argumentów, próbując delikatnie wybić mi z głowy całe przedsięwzięcie. Przytaknąłem mu we wszystkim, jednak palący ucisk splotu, hormony, nie przyjmowały tego rozwiązania. Dlatego myślałem, że terapeutka odpowiednio mnie "pojedzie" wskazując właściwy kierunek...
Po terapii wróciłem do mieszkania. Nadal nie wiedziałem czy pojadę czy nie. Zrobiłem tak, że zabrałem swoje rzeczy i po prostu poszedłem na dworzec. W drodze wykręciłem numer Pani X, i zacząłem rozmowę. Powiedziałem co czuję w związku z przyjazdem i całą sytuacją. Wszystko wyglądało na to, że to pewnie będzie jednorazowe spotkanie (ona wyjeżdżała na dniach do pracy za granice), więc powiedziałem o swoich uczuciach w tej kwestii. Jasno zakomunikowałem, że nie czuje się najlepiej po terapii (bo na prawdę nie była to lekka sesja), i że po prostu nie przyjadę. Że będzie lepiej przez szacunek dla nas, jeśli nie przyjadę. Dodać muszę, że jeśli bym pojechał to miałbym gwarantowany sex (takie zapewnienie usłyszałem). Wspominam o tym, bo właśnie w tym względzie nie czułem się dobrze do końca. No bo niby Ok, jest zgoda obu stron, i po wszystkim się rozchodzimy, i pewnie nigdy więcej się nie spotkamy (ona wyjeżdża).
Przez chwile myślałem, że taki wyjazd to dobra okazja do mojej konfrontacji z problemem zdrady i nieufności. Dopiero Przyjaciel wyprowadził mnie z tego błędnego myślenia.
Miałem taki a nie inny wzorzec kobiety, jaki dostałem od Matki. Potem szukając nieświadomie tego wzorca, odnajdywałem kobiety z którymi chciałem się związać. I teraz, gdybym uległ, i pojechał, to moja tak zwana konfrontacja, byłaby tylko kolejnym potwierdzeniem schematu, że "kobiety są łatwe, i nie warto im ufać", dodał bym jeszcze, że nawet te ładne, miłe i inteligentne (bo taka była Pani X).
Kiedy już rozłączyła się ze mną, poczułem ulgę. Całe to napięcie jakie nosiłem w związku z tym wyjazdem i spotkaniem, wreszcie ustąpiło. Czułem się dziwnie, ale mimo wszystko jakoś lżej.
Postanowiłem wykorzystać jakoś ten czas, który wcześniej był zaplanowany na podróż do Pani X, dla siebie. Wyciągnąłem kumpla do fryzjera. Pierwszy raz od nastu lat ostrzygłem się inaczej niż maszynka na 9mm. I gdy tak wracaliśmy już od fryzjera spacerkiem, poczułem coś, co zaraz powiedziałem do Przyjaciela-"na prawdę cieszę się, że podjąłem taką decyzję, że nie pojechałem. Teraz wiem, że nie muszę być jak moja Mama".
Wiem, że To dopiero początek drogi, początek zmian ku lepszemu, niemniej jestem ogromnie wdzięczny za to co już się pozmieniało w moim życiu.
Nie mogę zasnąć. Czuję się mocno pobudzony, do tego jeszcze włączyło mi się rozmyślanie...
W sumie może to i nawet dobrze, bo wreszcie jest sposobność do odświeżenia bloga, a raczej napisania choć trochę co się u mnie dzieje, a dzieje się całkiem sporo.
Ostatni raz pisałem o braku zaufania do kobiet. Nie rozwinąłem wtedy tego bardziej, a był to akurat dość ciekawy i burzliwy moment mojego życia. Stało się tak,że poznałem dziewczynę via internet. Zapoznawanie się z ową kobietą, miało dokładnie taki sam charakter-schemat, jak to do tej pory bywało. Schemat-zamiar w miarę prosty. "Chcę być z kimś", niby nic nowego, a jednak w moim przypadku oznaczało to szukanie takiej partnerki, która będzie choć w jakimś stopniu odpowiadała mojemu modelowi "tej właściwej" kobiety. Dość smutne to, ale w moim przypadku oznaczało to dokładnie tyle co poszukiwanie kobiety, która prędzej czy później zdradzi mnie, innymi słowy kobiety w miarę łatwej.
Poznałem Panią X, i praktycznie od samego początku chodziło o sex. Oczywiście chcieliśmy się spotkać. Trochę rozmawialiśmy na gadu gadu, dzwoniliśmy do siebie, próbowaliśmy się lepiej poznać. Ale w tym wszystkim i tak chodziło głównie o sex, i to było jasno komunikowane przez obie zainteresowane strony. Szybko okazało się, że Pani X, też miała dość ciężką przeszłość, rzekłbym mocno dysfunkcyjną, i słysząc to, wcale mnie to nie dziwiło, bo już przecież przywykłem do takich kobiet, że takie właśnie przyciągam. Z jednej strony bardzo chciałem być z kimś na poważnie, na stałe, na normalnych zasadach, z szacunkiem, zaufaniem, miłością, z drugiej nieświadomie szukałem kobiet, które były dokładnie zaprzeczeniem tego pierwszego. Tak samo było i w tym przypadku.
Z racji odległości jaka nas wtedy dzieliła, i zaistniałej sytuacji, próbowaliśmy sie jakoś spotkać. Takie pójście na żywioł, a potem zobaczy się co będzie. No i ja w tym całym obłędzie, byłem gotowy do niej pojechać. Przynajmniej tak mi się wydawało. Było to dla mnie o tyle ciekawe, że po prawie 2 latach całkowitego braku jakichkolwiek spotkań z kobietami, coś wreszcie miało się wydarzyć. DO tego z naprawdę ładną kobietą, która na mnie zwróciła uwagę! To było jak obłęd. Z jednej strony "magia" i chemia takowego spotkania, z drugiej zdrowy rozsądek, i bilans tego co, takie spotkanie może mi/nam przynieść.
Nie było łatwo. Miałem do niej jechać w piątek, a od czwartku zaczęły się poważne wątpliwości w sens tej eskapady. Mnóstwo emocji kotłowało się we mnie, co dość mocno odczuwałem na wysokości splotu słonecznego, jako potężny ucisk, utrudniający swobodne oddychanie. Do tego fale buzującej namiętności, i rozum...
W piątek pojechałem na terapie. Powiedziałem o wszystkim Terapeutce. Wysłuchała mnie uważnie, po czym nie skomentowała. Szczerze, to liczyłem po cichu, że ona mi powie co powinienem zrobić w tej sytuacji. W sumie jeszcze przed wizytą, miałem długą rozmowę z Przyjacielem w tej kwestii. Podał wiele rzeczowych argumentów, próbując delikatnie wybić mi z głowy całe przedsięwzięcie. Przytaknąłem mu we wszystkim, jednak palący ucisk splotu, hormony, nie przyjmowały tego rozwiązania. Dlatego myślałem, że terapeutka odpowiednio mnie "pojedzie" wskazując właściwy kierunek...
Po terapii wróciłem do mieszkania. Nadal nie wiedziałem czy pojadę czy nie. Zrobiłem tak, że zabrałem swoje rzeczy i po prostu poszedłem na dworzec. W drodze wykręciłem numer Pani X, i zacząłem rozmowę. Powiedziałem co czuję w związku z przyjazdem i całą sytuacją. Wszystko wyglądało na to, że to pewnie będzie jednorazowe spotkanie (ona wyjeżdżała na dniach do pracy za granice), więc powiedziałem o swoich uczuciach w tej kwestii. Jasno zakomunikowałem, że nie czuje się najlepiej po terapii (bo na prawdę nie była to lekka sesja), i że po prostu nie przyjadę. Że będzie lepiej przez szacunek dla nas, jeśli nie przyjadę. Dodać muszę, że jeśli bym pojechał to miałbym gwarantowany sex (takie zapewnienie usłyszałem). Wspominam o tym, bo właśnie w tym względzie nie czułem się dobrze do końca. No bo niby Ok, jest zgoda obu stron, i po wszystkim się rozchodzimy, i pewnie nigdy więcej się nie spotkamy (ona wyjeżdża).
Przez chwile myślałem, że taki wyjazd to dobra okazja do mojej konfrontacji z problemem zdrady i nieufności. Dopiero Przyjaciel wyprowadził mnie z tego błędnego myślenia.
Miałem taki a nie inny wzorzec kobiety, jaki dostałem od Matki. Potem szukając nieświadomie tego wzorca, odnajdywałem kobiety z którymi chciałem się związać. I teraz, gdybym uległ, i pojechał, to moja tak zwana konfrontacja, byłaby tylko kolejnym potwierdzeniem schematu, że "kobiety są łatwe, i nie warto im ufać", dodał bym jeszcze, że nawet te ładne, miłe i inteligentne (bo taka była Pani X).
Kiedy już rozłączyła się ze mną, poczułem ulgę. Całe to napięcie jakie nosiłem w związku z tym wyjazdem i spotkaniem, wreszcie ustąpiło. Czułem się dziwnie, ale mimo wszystko jakoś lżej.
Postanowiłem wykorzystać jakoś ten czas, który wcześniej był zaplanowany na podróż do Pani X, dla siebie. Wyciągnąłem kumpla do fryzjera. Pierwszy raz od nastu lat ostrzygłem się inaczej niż maszynka na 9mm. I gdy tak wracaliśmy już od fryzjera spacerkiem, poczułem coś, co zaraz powiedziałem do Przyjaciela-"na prawdę cieszę się, że podjąłem taką decyzję, że nie pojechałem. Teraz wiem, że nie muszę być jak moja Mama".
Wiem, że To dopiero początek drogi, początek zmian ku lepszemu, niemniej jestem ogromnie wdzięczny za to co już się pozmieniało w moim życiu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)