Wciąż tu jestem
cicho, bezszelestnie
choć nie widzisz, nie przeczuwasz
ja tu jestem
bliżej niż dawniej
dbam o siebie
płynę na dźwięku strun
jestem tam i tu.
Wśród nocy czerni
Księżyca blask
Nadaje podróży mej sens.
Wciąż jestem tu.
Właściwie nie było mym zamiarem zaczynać posta czymś na kształt "wiersza". Po prostu chciałem napisać, że żyję, i że mam się całkiem dobrze. Napiszę nawet więcej, to nie tylko "żyję", to "wreszcie ŻYJĘ!".
Dałem i wciąż daję sobie czas, pozwalam sobie na bycie niedoskonałym, uczę się żyć, tak by nie ranić siebie, jak to dość często bywało w przeszłości.
W cale nie mówię, że jest łatwo. Że rok czy półtora terapii załatwił wszystko, i teraz już jest z przysłowiowej górki.
Jestem wciąż w bądź jak kto woli na terapii. Przeszedłem już wiele, wróciłem do rozlicznych ran, raz jeszcze pozwoliłem im mocniej zakrwawić, lecz tym razem powróciłem do nich z czymś jeszcze, co pozwoliło tym ranom wreszcie zacząć się goić.
Nie mówię, że jest lekko. Zdrowienie nie zawsze bywa przyjemne. Zwłaszcza wtedy gdy części dysfunkcyjnej osobowości ścierają się z nową rzeczywistością osobowości opartej na czymś, co bywa nowe, nieznane a czasami nawet przerażające.
Na dłuższy czas dałem sobie przestrzeń, w której niczego nie muszę.
Teraz jestem tu bo chcę, mimo iż wcale się stąd nie oddaliłem. Po prostu siedziałem w milczeniu, kontemplowałem i żyłem. Teraz w zasadzie robię to samo, tylko że na głos ;)
Po ponad pół roku tu niepisania jest inaczej. Coś znowu się zmieniło, po raz kolejny zobaczyłem inną-swoją twarz.
Cieszę się, że znalazłem inspirację i chwilę by napisać. Chcę to robić częściej.
Dobranoc
wtorek, 9 listopada 2010
sobota, 30 stycznia 2010
nocne rozmowy z WD
Jest 2:21 nad ranem. Pewnie nie zasnę jeśli tego nie napiszę.
Kilkanaście minut temu zadzwoniła Mysza. Wracała z urodzin od koleżanki. Ostatnimi dniami nasz kontakt był dość ograniczony, głównie z braków środków na jej koncie, choć z mojej strony, to było coś jeszcze. Od kilku dni wyczuwam w sobie dziwne napięcie, rozdrażnienie, zaryzykowałbym nawet stwierdzenia, że to złość, mocno związana właśnie z Myszą.
Z jednej strony uczucie tęsknoty powodowanej emigracyjną rozłąką, z drugiej ta nieokreślona bliżej złość, wywołująca narastającą potrzebę wycofania się, połączoną z chorą koniecznością pokazania dziwnego stanu "obrażenia", "zawiedzenia", "dystansu" nawet nie bardzo wiem jak to opisać. Teraz myśle, że to może po prostu strach przybiera dziwne oblicza.
Więc Mysza zadzwoniła, bo myślała że jeszcze nie śpię, bo chciała mnie usłyszeć, chwilę porozmawiać-doszła do wniosku, że to może ona wreszcie odezwie się pierwsza. Miłe, nawet bardzo. Oczywiście, gdzieś w środku obudziła się we mnie myśl, przywołująca wspomnienia zachowań matki. Cóż, od Myszy ciężko jest coś usłyszeć, stąd chyba bardziej woli smsy niż zadzwonić, a kiedy już zadzwoni, wydaje mi się to trochę dziwne. Tym razem zadzwoniła (co ucieszyło mnie bardzo mimo późnej pory), jednak "sytuacja" w jakiej dzwoniła-zapewne coś na imprezie piła-wywołała mieszane uczucia. Dziwne, kiedy ktoś zaczyna się otwierać dopiero kiedy wypije, nawet trochę. Nie łatwo mi to pisać, ale tak właśnie to odczuwam, mimo iż nie chce.
Nasza rozmowa została brutalnie rozłączona przez wyczerpanie środków na jej koncie. Ni stąd ni z owąd, te uczucia o których już wspomniałem pojawiły się na nowo, uderzając ze zwiększoną siłą. Tym razem poczucie złości było dośc mocne, a do tego pojawiła się chęć "ukarania" Myszy.
Abstrachując trochę od tego, jak choro i paranoidalnie to brzmi, postanowiłem zajrzeć do swojego środka, by zobaczyć skąd i po co takie emocje się pojawiają.
Ostatnio w ramach dbania o siebie, staram się rozmawiać ze swoim wewnętrznym dzieckiem, do którego zwracam się pieszczotliwie >>Mały<< Ów Mały, to chłopiec mniej więcej w wieku 1-2, blondynek z rozbrajająco cudownym uśmiechem, lekko pulchniutki na buzi, z pięknymi błękitnymi oczkami. Jednak tym razem, gdy próbowałem nawiązać z Małym kontakt, zobaczyłem chłopca w wieku mniej więcej 5-7 lat. Miał na sobie ciemny sweter a pod nim koszulę. Na głowie utworzył mu się z włosów "chyb", który wygniótł się w nocy. Ramiona miał splecione na klatce piersiowej, a jego twarz była mocno ponura, nabundziurzona. Cała jego postać wydawała się być po prostu szara, niewyraźna, jakby zamknięcie się w swojej złości, odrzuceniu, porzuceniu, w swojej dziecięcej traumie odbierało mu barw życia. Gdy go zobaczyłem, gdy go "poczułem" zdałem sobie sprawę, że to co czuję jako dorosły, pochodzi z tej części mojego wewnętrznego dziecka. Ta szara postać, to też >>Mały<< To ten sam chłopiec, tylko że już bardziej świadomy tego co się dzieje, widzący i czujący brak matki, ojca a raczej ich brak zainteresowania, rodzący złość, nieufność, strach, lęk. Ten Mały, zbudował już wokoł siebie mur wyrastający z porzucenia, ze wstydu, ze strachu, że znów zostanie odrzucony. Boi się Myszy-to strach przed nią przywołuje wszystkie wyżej opisane stany, uczucia, lęki. Widzę też, że od kiedy postawiłem się za Małym Blondynkiem i od kiedy nie pozwalam by Małpiszon go dręczył, to w sytuacjach, gdzie Małpiszon (czyli niska samoocena, wewnętrzne samookaleczanie, dokopywanie sobie) osłabł na sile i nie dochodzi do głosu, wtedy pojawia się Mały Szary, z ogromnymi pokładami złości, strachu, zawiedzenia, kierowanego do innych, a pośrednio do siebie samego.
Zacząłem z Nim rozmawiać. On był cały czas jak głaz-zimny, szary, bez ruchu. Ciężko było dostrzec choćby skrawek jakiejś emocji na jego twarzy. Zacząłem pytać, dlaczego jest taki smutny, co takiego sprawia/sprawiło, że czuje tak a nie inaczej.
Nie dostając werbalnych odpowiedzi, zacząłem mówić, że doskonale go rozumiem, że wiem o jego żalu w stosunku do matki, za to, że nie dała mu tyle ciepła i uwagi ile potrzebował, że rozumiem jego złość. Powiedziałem mu, że matka czy tato, kochali go i kochają nadal, i dali mu tylko tyle ile sami byli w stanie dać. Nie usprawiedliwiałem ich, przedstawiłem jedynie sytuację z pewnej dalszej perspektywy, tak by Mały Szary mógł się z tym inaczej poczuć. Nawiązałem do Myszy. Powiedziałem Mu, że rozumiem też to, że się jej boi, że odczuwa lęk przed bliskością, otwartością, szczerością, przed wpuszczeniem kogoś obcego do "nas". Poprosiłem go, by dał jej, nam szansę. Prowadząc ów monolog, wspomniałem Mu, że jego doświadczenie kobiet, a szczególnie matki, nie jest dobrym i jedynym doświadczeniem. Pokazałem, że nie wszysykie kobiety są takie same, zaczynając od cech cielesnych-niektóre są grube, niektóre chude, wysokie, niskie, białe, czarne, z taką twarzą, taką twarzą, że są takie które piją alkohol (tu dodałem, że również po to by przeżyć, by przetrwać), że są takie które porzucają bądź nie opiekują się należycie dziećmi (starałem się pokazać ewentualną głębszą przyczynę-ucząc Małego Szarego widzenia czegoś więcej, tego co jest głębiej, bez powierzchownego oceniania), ale że są też i takie które nie piją, okazują zainteresowanie swoim dzieciom, miłość, szacunek, przytulają, głaszczą po głowie, uśmiechają się, i że danie szansy Myszy i nie ocenianie jej, jest czymś dobrym, i nie musi sie tego obawiać, bo nie pozwolę go skrzywdzić, i że nie przestanę się nim opiekować kosztem Myszy.
Mały Szary zaczął się zmieniać, jego twarz nieco pojaśniała, a ramiona poluźniły zacisk. Dałem mu do zrozumienia, że wiem że brak mu tego czego nie zdołał dostać od rodziców, a czego nadal bardzo Mu brak. Powiedziałem, że od nich już tego nie otrzyma, że ten czas minął, jednak szybko dodałem, że teraz ja się nim zajmę, że nie musi się już bać, że wojna skończona, mury mogą runąć, a w ich miejsce niech zostaną ustanowione nowe, zdrowe granice.
Przytuliłem go mocno, pocałowałem, i powiedziałem że go bardzo, bardzo kocham. Pomogłem Mu zdjąc przykusy sweterek, koszulę z kołnierzykiem, położyłem go spać, by wreszcie biedny Mały mógł odpocząć. Kładąc go spać, na jego twarzy zauważyłem delikatny uśmiech-była w nim radość i zdumienie nową sytuacją, gdzie nie musi siedzieć ze sztywno splecionymi rękami, "sztywniacko" ubrany.
Kilkanaście minut temu zadzwoniła Mysza. Wracała z urodzin od koleżanki. Ostatnimi dniami nasz kontakt był dość ograniczony, głównie z braków środków na jej koncie, choć z mojej strony, to było coś jeszcze. Od kilku dni wyczuwam w sobie dziwne napięcie, rozdrażnienie, zaryzykowałbym nawet stwierdzenia, że to złość, mocno związana właśnie z Myszą.
Z jednej strony uczucie tęsknoty powodowanej emigracyjną rozłąką, z drugiej ta nieokreślona bliżej złość, wywołująca narastającą potrzebę wycofania się, połączoną z chorą koniecznością pokazania dziwnego stanu "obrażenia", "zawiedzenia", "dystansu" nawet nie bardzo wiem jak to opisać. Teraz myśle, że to może po prostu strach przybiera dziwne oblicza.
Więc Mysza zadzwoniła, bo myślała że jeszcze nie śpię, bo chciała mnie usłyszeć, chwilę porozmawiać-doszła do wniosku, że to może ona wreszcie odezwie się pierwsza. Miłe, nawet bardzo. Oczywiście, gdzieś w środku obudziła się we mnie myśl, przywołująca wspomnienia zachowań matki. Cóż, od Myszy ciężko jest coś usłyszeć, stąd chyba bardziej woli smsy niż zadzwonić, a kiedy już zadzwoni, wydaje mi się to trochę dziwne. Tym razem zadzwoniła (co ucieszyło mnie bardzo mimo późnej pory), jednak "sytuacja" w jakiej dzwoniła-zapewne coś na imprezie piła-wywołała mieszane uczucia. Dziwne, kiedy ktoś zaczyna się otwierać dopiero kiedy wypije, nawet trochę. Nie łatwo mi to pisać, ale tak właśnie to odczuwam, mimo iż nie chce.
Nasza rozmowa została brutalnie rozłączona przez wyczerpanie środków na jej koncie. Ni stąd ni z owąd, te uczucia o których już wspomniałem pojawiły się na nowo, uderzając ze zwiększoną siłą. Tym razem poczucie złości było dośc mocne, a do tego pojawiła się chęć "ukarania" Myszy.
Abstrachując trochę od tego, jak choro i paranoidalnie to brzmi, postanowiłem zajrzeć do swojego środka, by zobaczyć skąd i po co takie emocje się pojawiają.
Ostatnio w ramach dbania o siebie, staram się rozmawiać ze swoim wewnętrznym dzieckiem, do którego zwracam się pieszczotliwie >>Mały<< Ów Mały, to chłopiec mniej więcej w wieku 1-2, blondynek z rozbrajająco cudownym uśmiechem, lekko pulchniutki na buzi, z pięknymi błękitnymi oczkami. Jednak tym razem, gdy próbowałem nawiązać z Małym kontakt, zobaczyłem chłopca w wieku mniej więcej 5-7 lat. Miał na sobie ciemny sweter a pod nim koszulę. Na głowie utworzył mu się z włosów "chyb", który wygniótł się w nocy. Ramiona miał splecione na klatce piersiowej, a jego twarz była mocno ponura, nabundziurzona. Cała jego postać wydawała się być po prostu szara, niewyraźna, jakby zamknięcie się w swojej złości, odrzuceniu, porzuceniu, w swojej dziecięcej traumie odbierało mu barw życia. Gdy go zobaczyłem, gdy go "poczułem" zdałem sobie sprawę, że to co czuję jako dorosły, pochodzi z tej części mojego wewnętrznego dziecka. Ta szara postać, to też >>Mały<< To ten sam chłopiec, tylko że już bardziej świadomy tego co się dzieje, widzący i czujący brak matki, ojca a raczej ich brak zainteresowania, rodzący złość, nieufność, strach, lęk. Ten Mały, zbudował już wokoł siebie mur wyrastający z porzucenia, ze wstydu, ze strachu, że znów zostanie odrzucony. Boi się Myszy-to strach przed nią przywołuje wszystkie wyżej opisane stany, uczucia, lęki. Widzę też, że od kiedy postawiłem się za Małym Blondynkiem i od kiedy nie pozwalam by Małpiszon go dręczył, to w sytuacjach, gdzie Małpiszon (czyli niska samoocena, wewnętrzne samookaleczanie, dokopywanie sobie) osłabł na sile i nie dochodzi do głosu, wtedy pojawia się Mały Szary, z ogromnymi pokładami złości, strachu, zawiedzenia, kierowanego do innych, a pośrednio do siebie samego.
Zacząłem z Nim rozmawiać. On był cały czas jak głaz-zimny, szary, bez ruchu. Ciężko było dostrzec choćby skrawek jakiejś emocji na jego twarzy. Zacząłem pytać, dlaczego jest taki smutny, co takiego sprawia/sprawiło, że czuje tak a nie inaczej.
Nie dostając werbalnych odpowiedzi, zacząłem mówić, że doskonale go rozumiem, że wiem o jego żalu w stosunku do matki, za to, że nie dała mu tyle ciepła i uwagi ile potrzebował, że rozumiem jego złość. Powiedziałem mu, że matka czy tato, kochali go i kochają nadal, i dali mu tylko tyle ile sami byli w stanie dać. Nie usprawiedliwiałem ich, przedstawiłem jedynie sytuację z pewnej dalszej perspektywy, tak by Mały Szary mógł się z tym inaczej poczuć. Nawiązałem do Myszy. Powiedziałem Mu, że rozumiem też to, że się jej boi, że odczuwa lęk przed bliskością, otwartością, szczerością, przed wpuszczeniem kogoś obcego do "nas". Poprosiłem go, by dał jej, nam szansę. Prowadząc ów monolog, wspomniałem Mu, że jego doświadczenie kobiet, a szczególnie matki, nie jest dobrym i jedynym doświadczeniem. Pokazałem, że nie wszysykie kobiety są takie same, zaczynając od cech cielesnych-niektóre są grube, niektóre chude, wysokie, niskie, białe, czarne, z taką twarzą, taką twarzą, że są takie które piją alkohol (tu dodałem, że również po to by przeżyć, by przetrwać), że są takie które porzucają bądź nie opiekują się należycie dziećmi (starałem się pokazać ewentualną głębszą przyczynę-ucząc Małego Szarego widzenia czegoś więcej, tego co jest głębiej, bez powierzchownego oceniania), ale że są też i takie które nie piją, okazują zainteresowanie swoim dzieciom, miłość, szacunek, przytulają, głaszczą po głowie, uśmiechają się, i że danie szansy Myszy i nie ocenianie jej, jest czymś dobrym, i nie musi sie tego obawiać, bo nie pozwolę go skrzywdzić, i że nie przestanę się nim opiekować kosztem Myszy.
Mały Szary zaczął się zmieniać, jego twarz nieco pojaśniała, a ramiona poluźniły zacisk. Dałem mu do zrozumienia, że wiem że brak mu tego czego nie zdołał dostać od rodziców, a czego nadal bardzo Mu brak. Powiedziałem, że od nich już tego nie otrzyma, że ten czas minął, jednak szybko dodałem, że teraz ja się nim zajmę, że nie musi się już bać, że wojna skończona, mury mogą runąć, a w ich miejsce niech zostaną ustanowione nowe, zdrowe granice.
Przytuliłem go mocno, pocałowałem, i powiedziałem że go bardzo, bardzo kocham. Pomogłem Mu zdjąc przykusy sweterek, koszulę z kołnierzykiem, położyłem go spać, by wreszcie biedny Mały mógł odpocząć. Kładąc go spać, na jego twarzy zauważyłem delikatny uśmiech-była w nim radość i zdumienie nową sytuacją, gdzie nie musi siedzieć ze sztywno splecionymi rękami, "sztywniacko" ubrany.
sobota, 26 grudnia 2009
Wiersz do Małego.
Czy kocham,
czy znowu kopię
Małego-chłopca.
Boję się Draba
który dokucza Małemu.
Nie lubię jego
cierpkich słów i arogancji.
Kocham Małego, jego uśmiech
i szczerość i niewinność.
Przykro mi, że skazałem
Małego na karcer.
Wstydziłem się jego emocji,
uczuć, wrażliwości.
Żeby inni Go nie skrzywdzili,
zrobiłem to sam-
milczałem, widząc jak cierpi.
Chcę przytulić Małego,
zaopiekować się Nim,
chcę by czuł się bezpieczny.
Kocham Cię Mały.
czy znowu kopię
Małego-chłopca.
Boję się Draba
który dokucza Małemu.
Nie lubię jego
cierpkich słów i arogancji.
Kocham Małego, jego uśmiech
i szczerość i niewinność.
Przykro mi, że skazałem
Małego na karcer.
Wstydziłem się jego emocji,
uczuć, wrażliwości.
Żeby inni Go nie skrzywdzili,
zrobiłem to sam-
milczałem, widząc jak cierpi.
Chcę przytulić Małego,
zaopiekować się Nim,
chcę by czuł się bezpieczny.
Kocham Cię Mały.
kocham?
Od pewnego czasu jestem z kimś. Tak, jest to kobieta, i chyba się zaangażowaliśmy w TO oboje. Nawet chyba się zakochałem-a przynajmniej zauroczyłem. Fajne uczucie, choć zarazem ciężkie do udźwignięcia. Piszę o tym, bo nie bardzo mam w tej chwili z kimś o tym pogadać, a do następnego spotkania z panią terapeutką jeszcze ponad półtora tygodnia-więc używam tego miejsca na "wyrzucenie" z siebie tego co mnie dręczy-tak DRĘCZY!!
Ostatnim razem pisałem, że nie potrafię kochać, czy raczej że nigdy nie będę w stanie kochać. Teraz, gdy jestem z kimś na kim mi zależy, kogo darzę rozwijającym się uczuciem, widzę, gdzie jest problem, przynajmniej patrząc na to z mojej perspektywy.
Ciężko mi na myśl, że ktoś mnie lubi( a może nawet więcej), takiego jakim jestem-usłyszałem to ostatnio od Niej. Cały czas noszę w sobie poczucie lęku, że zostanę odrzucony, zraniony, więc w takich momentach całkiem "naturalnie" włącza się mechanizm ucieczki, i całą przyszłość razem, zaczynam wyobrażać sobie raczej w czarnych barwach. Co również za tym idzie, to chęć bezkrytycznego rzucenia siebie (tak naprawdę zapomnienie o sobie) w ogień działań, mających na celu nie dopuszczenie by Ta osoba ode mnie odeszła, opuściła, sprawiła że poczuję się zagrożony. Kiedy jesteśmy daleko od siebie, chorobliwa potrzeba stałego kontaktu, wiadomości od tej drugiej strony-spełniających rolę potwierdzenia, że Ona wciąż o mnie myśli, pamięta, interesuje się mną-czyli daje namiastkę poczucia bezpieczeństwa.
Czasem obawiam się bycia sobą, obawiam się tego, że nie będę akceptowanym takim jakim właśnie jestem. Czy to że dla przykładu jestem bardzo wrażliwy, że płaczę na filmach, sprawia że jestem mniej męski, mniej wartościowy? Mam dość grania, dostosowywania, bezustannego udowadniania, że jestem coś wart, tylko po to, by znaleźć akceptację w oczach innych.
Jest trudno-ale przynajmniej dostrzegam te wszystkie chorobliwe schematy, działania, myśli, i za nimi nie idę. Ciężko jest nie działać z automatu, którego tak perfekcyjnie się nauczyłem w domu, w szkole, w społeczeństwie, a z którym nie mam już więcej ochoty i sił żyć.
"Widzę cię" i "ja ciebie też widzę"-innymi słowy "szanuję siłę która mnie prowadzi, i szanuje siłę która ciebie prowadzi". Tylko na ile i czy szanuję tą siłę, która mnie prowadzi? Z perspektywy czasu widzę, że najtrudniej jest zaakceptować samego siebie, pokochać, szanować to co nas prowadzi, co MNIE prowadzi.
Napisałem, i coś jakbym poczuł się trochę lepiej. Bo ileż można to wszystko dusić w sobie. Dziękuję Ci blogu :)
Ostatnim razem pisałem, że nie potrafię kochać, czy raczej że nigdy nie będę w stanie kochać. Teraz, gdy jestem z kimś na kim mi zależy, kogo darzę rozwijającym się uczuciem, widzę, gdzie jest problem, przynajmniej patrząc na to z mojej perspektywy.
Ciężko mi na myśl, że ktoś mnie lubi( a może nawet więcej), takiego jakim jestem-usłyszałem to ostatnio od Niej. Cały czas noszę w sobie poczucie lęku, że zostanę odrzucony, zraniony, więc w takich momentach całkiem "naturalnie" włącza się mechanizm ucieczki, i całą przyszłość razem, zaczynam wyobrażać sobie raczej w czarnych barwach. Co również za tym idzie, to chęć bezkrytycznego rzucenia siebie (tak naprawdę zapomnienie o sobie) w ogień działań, mających na celu nie dopuszczenie by Ta osoba ode mnie odeszła, opuściła, sprawiła że poczuję się zagrożony. Kiedy jesteśmy daleko od siebie, chorobliwa potrzeba stałego kontaktu, wiadomości od tej drugiej strony-spełniających rolę potwierdzenia, że Ona wciąż o mnie myśli, pamięta, interesuje się mną-czyli daje namiastkę poczucia bezpieczeństwa.
Czasem obawiam się bycia sobą, obawiam się tego, że nie będę akceptowanym takim jakim właśnie jestem. Czy to że dla przykładu jestem bardzo wrażliwy, że płaczę na filmach, sprawia że jestem mniej męski, mniej wartościowy? Mam dość grania, dostosowywania, bezustannego udowadniania, że jestem coś wart, tylko po to, by znaleźć akceptację w oczach innych.
Jest trudno-ale przynajmniej dostrzegam te wszystkie chorobliwe schematy, działania, myśli, i za nimi nie idę. Ciężko jest nie działać z automatu, którego tak perfekcyjnie się nauczyłem w domu, w szkole, w społeczeństwie, a z którym nie mam już więcej ochoty i sił żyć.
"Widzę cię" i "ja ciebie też widzę"-innymi słowy "szanuję siłę która mnie prowadzi, i szanuje siłę która ciebie prowadzi". Tylko na ile i czy szanuję tą siłę, która mnie prowadzi? Z perspektywy czasu widzę, że najtrudniej jest zaakceptować samego siebie, pokochać, szanować to co nas prowadzi, co MNIE prowadzi.
Napisałem, i coś jakbym poczuł się trochę lepiej. Bo ileż można to wszystko dusić w sobie. Dziękuję Ci blogu :)
wtorek, 10 listopada 2009
Pisanie tu to taka pewnego rodzaju terapia, konfrontacja z tym co czuje, co przeżywam, o czym myślę. Może dlatego na samą o tym myśl, szukam wymówki by tu nie zaglądać.
Ostatnie kilka dni nie byłe dla mnie zbyt łatwe.
Zrozumiałem (mam nadzieję, że nie jest to stan tymczasowy), że seks bez miłości jest pusty, pozbawiony emocji, a nawet przyjemności. Płacenie za seks jak za każdą inną usługę, mija się z jego celem.
Boję się, że nigdy nie będę w stanie kochać, ani uwierzyć w to, że ktoś może mnie kochać.
Kiedy mówię kocham (nie jest to zbyt często), nie czuję nic. Czasami tak odpowiadam na to, jak ktoś mówi że kocha mnie. Źle mi z tym, tym bardziej że osoby które mówią, że mnie kochają są w tym szczere, i ja też chciałbym je kochać (być może nawet to robię), tak by móc szczerze powiedzieć im o tym. Kocham, to dla mnie puste słowo. Puste i odległe, bo nie znam jego znaczenia, nie "czuję go".
Jestem tym cholernie zmęczony.
Ostatnie kilka dni nie byłe dla mnie zbyt łatwe.
Zrozumiałem (mam nadzieję, że nie jest to stan tymczasowy), że seks bez miłości jest pusty, pozbawiony emocji, a nawet przyjemności. Płacenie za seks jak za każdą inną usługę, mija się z jego celem.
Boję się, że nigdy nie będę w stanie kochać, ani uwierzyć w to, że ktoś może mnie kochać.
Kiedy mówię kocham (nie jest to zbyt często), nie czuję nic. Czasami tak odpowiadam na to, jak ktoś mówi że kocha mnie. Źle mi z tym, tym bardziej że osoby które mówią, że mnie kochają są w tym szczere, i ja też chciałbym je kochać (być może nawet to robię), tak by móc szczerze powiedzieć im o tym. Kocham, to dla mnie puste słowo. Puste i odległe, bo nie znam jego znaczenia, nie "czuję go".
Jestem tym cholernie zmęczony.
środa, 4 listopada 2009
refleksja
Dzisiaj w pracy (a pracuję sam) podczas jednego z wewnętrznych dialogów złapałem się na tym, że jak myślę o pewnych momentach mojego życia, mam wrażenie, że to jakby jakaś inna bajka, coś co nigdy nie wydarzyło się w moim życiu. Uczucie jakby to było dla mnie zupełnie obce, odległe, nierealne. Pomyślałem o tym, że kiedyś miałem żonę, że się rozwiedliśmy. "Słucham" o tym z nie małym zdziwieniem i niedowierzaniem, że to wydarzyło się w moim życiu. Zaczynam zastanawiać się, ile tak na prawdę i świadomie zdarzyło/zdarza mi się przeżyć "mojego własnego życia". Mam tylko nadzieję, że od kiedy zacząłem terapię jest tych momentów co raz więcej...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)