niedziela, 26 lipca 2009

Tato- jestem DOROSŁY!

Napisałem już trochę między wierszami, jak mniej więcej mogła wyglądać moja rola w rodzinie, co w może dośc surowym ujęciu (aczkolwiek dość bezpośrednim wyglądało tak):

-stary maleńki, który musiał za wcześnie odłożyć zabawki, po to by inni mogli się nimi bawić.

-z bycia synem, przeniesiony do roli "pana domu", opiekuna młodszego brata, bohatera który widzi problem alkoholowy matki, i jako jedyny potrafi o nim powiedzieć głośno. Zdarzyło się nawet, że nazwałem matke "szmatą", za co mi się nieźle dostało od taty. (Mama była wtedy pijana, i ja nie wytrzymałem już takiej kolejnej z rzędu akcji, i powiedziałem co czułem, a tato, gdy wrócił z pracy, mimo iż zastał ją pijaną, ukarał tylko mnie).

-wreszcie rola, w której rodzice, zwłaszcza tato widzą mnie po dziś dzień-rola dziecka, czyli malutkiego Kubusia, który ma 12 latek i niewiele wie o życiu, gdzie prawie każdy przejaw używania rozumu przez 28letniego Kubusia, jest nagradzany brawami i niekłmanym zdziwieniem, że jaki nasz Kubuś mądry. Krótko mówiąc, rola której mam dość, i w którą nie mam zamiaru więcej dać się wrzucać, nawet w imię spokoju ducha rodziców.

Jak już zacząłem pisać na początku poprzedniego wpisu, wreszcie temat moich relacji z tatą "wypłynął", a wśród nich między innymi to jak traktuje mnie tato. Pisałem też, że zawsze czułem się odpowiedzialny za rodziców, i smutki, niepowodzenia, za brata. W tym kontekście Terapeutka zadała pytanie, "jak pan myśli, jakie są pańskie relacje z rodzicami, jak pan widzi dom, i jego mieszkańców?" Zaczerpnąłem kilka głębszych oddechów, i skupiłem się na zadanym pytaniu, dając głos odczuciom, które się pojawią. Poczułem się jak duża osoba, widząca dom z góry, a w nim w jednym krańcu tato, coś robiący, ciągle w ruchu, nie widzący zbyt wiele poza tym, co dotyczy tylko jego. W drugim pokoju, leżącym po przeciwleglej stronie domu mama, skulona w kąciku. Niby mają swą dorosłą postać, wyglądają na tyle lat ile mają obecnie, ale oboje zachowują się jak dzieci. Oboje skupieni tylko na sobie, nie widzą że dookoła nich "dzieje" się życie, że mają pewne zobowiązania, obowiązki, że mają dzieci. Wciąż czuję się duży, ale zarazem mały. Czuję smutek widząc ich w takim stanie, z dala od siebie, samych, zasmuconych. Pierwszy ruch jaki się pojawia w związku z tym obrazem, nakłania mnie do działania, do wyciągnięcia do nich pomocnej ręki, by pomóc im, by sprawić, że poczują się lepiej. Mały bohater zawsze na posterunku...

Obserwuję swe emocje, odczucia, obrazy które malują się w zwiazku z tą sytuacją, i widzę, że w relacjach z moimi rodzicami jestem dla nich dorosłym, który się nimi opiekuje, jednocześnie schodzę do poziomu dziecka, bo tylko z tego poziomu jestem w stanie się z nimi komunikować.
Zatrzymaliśmy się na tym. Pamiętam swoje przerażenie na tyle co "odczytany" obraz ról w jakich żyję od zawsze. Uczucie przerażenia i jednoczesnego buntu, przeciw istniejącemu "porządkowi".

Obraz, który zobaczyłem na terapi, nie jest tylko jakąś fantazją. Teraz widzę jak na dłoni, to jak mimo prawie 28lat, jestem nadal postrzegany jako 12letni chłopiec.
Nie bez kozery, tato ma problem z nazwaniem mnie Kubą, i cały czas słyszę "o Kubuś. Kubuś to Kubuś tamto."
Rozumiem, może to być powodowane rodzicielskim uczuciem, sentymentem, jednak jak się z tym "żyje", i ma się okazję zobaczyć jak to działa na codzień, to jest w tym coś więcej, niż tylko ojcowski/matczyny sentyment.

Nie mieszkam z rodzicami. Odwiedzam ich raz na jakiś czas. Kilka dni po terapi, którą po krótce już opisałem, udałem się z wizytą do rodziców.
Od przyjazdu zdazyło już mi się usłyszeć kilkakrotnie "Kubuś, Kubuś, Kubuś".
W pewnym momencie, gdy po raz wtóry usłyszałem jak tato ponownie nazywa mnie Kubusiem, nie wytrzymałem, i bardzo spontanicznie przemówiłem tymi słowy:

"Tato! Mam na imię Kuba. Kubuś jest zdrobnieniem odpowiednim dla 12letniego chłopca. Ja mam na imię Kuba, mam 28 lat, jestem dorosłym facetem!".

Muszę przyznać, że poczułem się naprawdę dobrze mówiąc to, zwłaszcza że było to niezamierzone, spontaniczne. Tak, jestem DOROSŁY, do tego odpowiadam tylko za siebie! Co za ulga!

Inna sprawą jest to, jaką minę miał tato po moich słowach. Wyraźny szok malował sie na jego twarzy, a po chwili padły słowa: "Dla mnie zawsze będziesz dzieckiem".

Nic już się nie odezwałem. Ważne jak ja teraz postrzegam siebie, a co za tym idzie moją relację z tata czy mama. Nie odbieram im tego, że jestem ich dzieckiem. Bo można być dzieckiem, ale przy tym można(trzeba!) być dorosłym(mówię o swojej sytuacji). A ja jestem dorosły, co teraz w sposób jasny i klarowny im komunikuję!

Wcześniej moja dorosłość wydawała się być czymś naturalnym, normalnym. Teraz muszę poniekąd "walczyć" o to by być traktowanym jak dorosły facet, a nie 12letni chłoptaś.

Tak! Jestem DOROSŁY! :-)

piątek, 24 lipca 2009

Tato-część pierwsza.

Na jednej z ostatnich terapii poruszyłem temat taty i moich z nim relacji.
Do tej pory wszystko raczej kręciło się wokół mojej mamy, natomiast temat taty i jego wpływu na moje obecne życie pozostawał gdzieś z boku.

Pamiętam, jak przez całe moje dzieciństwo i całkiem sporą część dorosłego życia, czułem się winny wszelakich niepowodzeń jakie spotykały moich rodziców, zwłaszcza w sytuacjach kiedy albo krzyczeli na siebie, albo milczeli przez kilka dni-myślałem, że to właśnie przeze mnie.

Będąc pierworodnym synem, bardzo szybko zacząłem przejmować obowiązki doroslych, zacząłem wchodzić w role, o których jako dziecko, nie powienienem nawet wiedzieć.
Jak tak teraz patrzę wstecz, zawsze byłem na posterunku, gotowy do zastąpienia ojca. Bywało tak, że dom był na mojej głowie, to ja opiekowałem się młodszym bratem, ja chroniłem go przed tym co się działo w domu.

Tato widział co się działo z mamą. Pamiętam jak nie raz robił jej awanturę o to, że wypiła. Potem zawsze dodatkowo stosował karę psychiczną, czyli kamienna twarz, bijący chłód,, i praktycznie zero odzywania się do niej. Zawsze bałem się tego. Jak coś przeskrobałem, to na samą myśl o "milczącym tacie" byłem przerażony.

Gdy coś zmodziliśmy z bratem, tato nas nie bił, wystarczyła reprymenda słowna, i kamienna, chłodna twarz. Czasem, gdy w jego mniemaniu przewinienie było szczególne, kara również była wymyślna. Dla przykładu. Będąc dzieciakami, razem z moim bratem, gdzieś zasłyszeliśmy, że istnieje miejscowość "Cipa". Korzystając z sytuacji, że wizytowały u nas kuzynka z koleżnką, podzielilismy się z nimi informacją o owej miejscowości, pokazując z dystansu palcami, że miejscowość zwie się jak to "coś", co one mają między nogami. Wiadomo, dzieciaki, w zabawie próbujące naśladować dorosłych-niby banał, ale sprawa trafiła do naszych rodziców, którzy przecież powinni wiedzieć, co ich pociechy wygadują.

Oczywiście, gdy tylko tato wrócił z pracy, dostał dokładny raport od mamy w sprawie naszego zachowania. Jako że, jestem najstarszy, zostałem pociągnięty do odpowiedzialności za to niemoralne wykroczenie.
Był to czas wakacji, a przewinienie miało formę językową, dostałem następującą karę- przeczytać całe "Przygody Misia Padingtona" na głos, dodatkowo nagrywać wszystko na kasete magnetofonową, tak by, gdy zajdzie potrzeba, można było odsłuchać czy na pewno odpracowuję nałożną karę.
Wchodząc do księgarni, nawet przechodząc obok niej, z najdalszej odległości potrafię wypatrzeć "Przygody Misia P." na półce...
Pamiętam zdziwienie na twarzy mojej Terapeutki, gdy po opowiedzeniu tego, dodałem, że jakimś cudem, lubię czytać książki...