Od pewnego czasu jestem z kimś. Tak, jest to kobieta, i chyba się zaangażowaliśmy w TO oboje. Nawet chyba się zakochałem-a przynajmniej zauroczyłem. Fajne uczucie, choć zarazem ciężkie do udźwignięcia. Piszę o tym, bo nie bardzo mam w tej chwili z kimś o tym pogadać, a do następnego spotkania z panią terapeutką jeszcze ponad półtora tygodnia-więc używam tego miejsca na "wyrzucenie" z siebie tego co mnie dręczy-tak DRĘCZY!!
Ostatnim razem pisałem, że nie potrafię kochać, czy raczej że nigdy nie będę w stanie kochać. Teraz, gdy jestem z kimś na kim mi zależy, kogo darzę rozwijającym się uczuciem, widzę, gdzie jest problem, przynajmniej patrząc na to z mojej perspektywy.
Ciężko mi na myśl, że ktoś mnie lubi( a może nawet więcej), takiego jakim jestem-usłyszałem to ostatnio od Niej. Cały czas noszę w sobie poczucie lęku, że zostanę odrzucony, zraniony, więc w takich momentach całkiem "naturalnie" włącza się mechanizm ucieczki, i całą przyszłość razem, zaczynam wyobrażać sobie raczej w czarnych barwach. Co również za tym idzie, to chęć bezkrytycznego rzucenia siebie (tak naprawdę zapomnienie o sobie) w ogień działań, mających na celu nie dopuszczenie by Ta osoba ode mnie odeszła, opuściła, sprawiła że poczuję się zagrożony. Kiedy jesteśmy daleko od siebie, chorobliwa potrzeba stałego kontaktu, wiadomości od tej drugiej strony-spełniających rolę potwierdzenia, że Ona wciąż o mnie myśli, pamięta, interesuje się mną-czyli daje namiastkę poczucia bezpieczeństwa.
Czasem obawiam się bycia sobą, obawiam się tego, że nie będę akceptowanym takim jakim właśnie jestem. Czy to że dla przykładu jestem bardzo wrażliwy, że płaczę na filmach, sprawia że jestem mniej męski, mniej wartościowy? Mam dość grania, dostosowywania, bezustannego udowadniania, że jestem coś wart, tylko po to, by znaleźć akceptację w oczach innych.
Jest trudno-ale przynajmniej dostrzegam te wszystkie chorobliwe schematy, działania, myśli, i za nimi nie idę. Ciężko jest nie działać z automatu, którego tak perfekcyjnie się nauczyłem w domu, w szkole, w społeczeństwie, a z którym nie mam już więcej ochoty i sił żyć.
"Widzę cię" i "ja ciebie też widzę"-innymi słowy "szanuję siłę która mnie prowadzi, i szanuje siłę która ciebie prowadzi". Tylko na ile i czy szanuję tą siłę, która mnie prowadzi? Z perspektywy czasu widzę, że najtrudniej jest zaakceptować samego siebie, pokochać, szanować to co nas prowadzi, co MNIE prowadzi.
Napisałem, i coś jakbym poczuł się trochę lepiej. Bo ileż można to wszystko dusić w sobie. Dziękuję Ci blogu :)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz