Nie ufam. Nie ufam zwlaszcza kobietom, w sumie może tylko im nie ufam?
Od mojego ostatniego związku, minęło ponad półtora roku. Od tego momentu nie pozwoliłem sobie na żadne uczucie, na żadną bliższą relacje z kobietą. Nawet jeśli dla kogoś wydawałem się intersującą osobą, to zazwyczaj nie potrafiłem tego zauważyć. Dopiero ktoś ze znajmoych mówił, że ta czy tamta kobieta, wyraźnie była mną zainteresowana. Ja zaś wytwarzałem barierę, tworzyłem wokół siebie otoczkę "niedostępnego", tak by przypadkiem nie dać sie "ponieść" jakiemuś zauroczeniu, by nie pozwolić sobie na uczucie, na które po prostu nie zasługiwałem. Bo wiele kobiet w tym czasie mi sie podobało. Nie ukrywam. Często zdarzało się, że czułem jak bardzo brakuje mi związku, bliskości drugiej osoby. Więc, spotykałem w swym życiu wiele kobiet. Tylko one były dla mnie nieosiągalne (tak myślałem i pewnie gdzieś myślę nadal), bo co ja mógłbym im "zaoferować", przedstawić swoja osobą, żeby one w ogóle zechiały zwrócić na mnie uwagę, co tu mówić o czymś poważniejszym.
Panicznie boję się zdrady, a co się z tym wiąże, porzucenia, odrzucenia, samotności, bólu, cierpienia. Stąd też ta postawa "mnicha", który umarłszy dla świata (tu czytaj KOBIET), ucieka od związków relacji z kobietami.
Choć z drugiej strony, bardzo lubię towarzystwo kobiet. Lubię śmiać się z nimi, rozmawiać, przebywać. Wydaje się, że w kontaktach z nimi nie mam problemów. Była kiedyś taka sytuacja, kiedy sporo czasu poświęciłem jednej dziewczynie. Była wtedy związku, ale moje podejście do niej, nie miało nic wspólnego z wchodzeniem z "butami" do tego związku, tym bardziej uwodzenia jej. Krótko mówiąc, swoją postawę wobec niej, określiłbym jako czysto braterską, nawet z racji róznicy wieku, jaka była między nami. Ale jak sie później dowiedziałem, każdy kto nas widział razem, i jak ja z nia rozmawiam, był przekonany, że ja ją uwodzę. Słysząc taką opinię byłem w niemałym szoku. Coś co dla mnie wydaje się byc normalnym kontaktem z kobietami, dla innych, patrzących z boku jest ostrym flirtem.
Myślałem trochę o tym, i chyba to, że nie ufam kobietom, jak i to, że nie potrafię się z nimi komunikować inaczej niż na poziomie nazwijmy to "flirtu", wynika z różnych zdarzeń z dzieciństwa.
Ostatnio poznałem ciekawą dziewczynę. Na początku było OK (mam na myśli to co się dzieje w mojej głowie), do momentu, gdy poczułem znowu ten przeklęty brak ufności.
Zauważyłem bardzo wyraźnie, jak brzemie przeszłości, sytuacje których nie powinnienem być świadkiem, ba nawet wiedzieć o nich, tak bardzo wpływają na moje dorosłe życie, na moje postrzeganie kobiet. I chociaż "na głowę" wiem, że nie każda kobieta musi zdradzać, to gdzieś w środku siedzi "to coś" co powoduję, że tak "czuje".
Z utęsknieniem czekam następnego spotkania z terapeutką.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz