wtorek, 21 kwietnia 2009

Błazen

Na ostatnią terapię szedłem z mieszanym uczuciami. Na dwa dni przed zacząłem się jej wręcz bać, o czym na początku spotkania opowiedziałem terapeutce. Poczułem lęk, że nie mam pomysłu na dalsze spotkania, że temat mi sie po prostu wyczerpał. Do nie dawna myślałem, że terapia przebiega według ściśle określonego schematu, gdzie to terapeuta decyduje o wszystkim, a my, "tylko" idziemy za nim. Ostatnio doszedłem do wniosku, że mojej terapeutce zaczyna brakować pomysłu na moją terapię. Od kilku dni schemat spotkań był taki sam: ja przychodzę, siadam wygodnie, po czym pada pytanie "Co u pana od ostatniego spotkania", wtedy ja opowiadam, terapeutka dopytuje, pokazuje nowe oblicza tego o czym mówię, następnie po upływie 45 minut rozstajemy się. Zauważyłem, że to co się dzieje na bieżąco, staje się w pewnym sensie tematem zastępczym na spotkaniach. Myślę więc, że stąd wziął się mój lęk, obawa, że nie mam tematów do dalszej pracy. Całe szczęście ktoś ostatnio wyprowadził mnie z błędnego widzenia terapii. Usłyszałem, że to ja w dużym stopniu wpływam na to co się dzieje na spotkaniach, jak one wyglądają, że to jaki widzę cel w tej terapii , kreuje ją. Całe szczęście, moje obawy przed spotkaniem okazały się bezpodstawne, co stało się oczywiste, już po kilku minutach w gabinecie. Wśród kilku poruszonych tematów, najbardziej poruszył mnie "Błazen".
W rodzinach alkoholowych, dzieci często przyjmują różne role, postawy, mające na celu rozładowanie napięć w domu, odwrócenie uwagi od problemów, sytuacji nieprzyjemnych, bądź które budzą w dziecku lęk i przerażenie. Stąd mamy postawy bohaterów, postaci zjednujące, kozły ofiarne, błaznów, i pewnie jeszcze parę innych.
Pamiętam, że w dzieciństwie, każda z tych ról była mi bliska. W zależności od czasu i okoliczności odgrywałem jedną z nich.
Na ostatniej terapii, wspomniałem o moim tzw. alter ego, zabawnym hinduskim ludku, Dinesiu Gupcie.
Pojawił się on jakiś rok temu. Teraz wiem, że jego zadaniem było rozładywanie napięć, sytuacji stresowych, w grupie ludzi, z którymi przebywałem w tamtym okresie.
Opowiedziałem o Dinesiu terapeutce, a ona zauważyła, że gdy o nim mówię, to tak jakbym mu czegoś zazdrościł. Pomyślałem wtedy, że zazdroszczę mu tego braku konsekwencji. Dineś pojawia się nagle, żartuje, i nawet jak mu dowcip nie wyjdzie, to i tak jego nikt za to nie oceni, nikt mu nie zabroni dowcipkowania, nikt go nie zruga za to.
Gdy ja żartuję, od razu oczekuję reakcji otoczenia, reakcji, której bardzo się boję.

Gdy byłem mały, na taką spontaniczną radość, żartowanie, mogłem sobie pozwolić, gdy udawałem Jasia Fasolę. Wtedy Tato był ze mnie zadowolony, ewentualna sytuacja napięcia zostawała rozładowana. Przez lata, tkwiłem w przekonaniu, że takie żartowanie to normalna sprawa, że to właśnie ja. Teraz stanąłem w miejscu, w którym widzę że byłem w błędzie, i idąc dalej, należałoby się pożegnać z Dinesiem, i jeszcze pewnie nie do końca zapomnianym Jasiem Fasolą. Nie znaczy to, że nie będę żartował. Będę, ale nie wtedy gdy sytuacja staje się napięta, i ja muszę zrobić "COŚ" by ją rozładować, stając się Błaznem. Chcę nauczyć się, jak zachowywać się w takich sytuacjach, i żartować wtedy kiedy na prawdę będę tego chciał, nie martwiąc się przyjęciem bądź odrzuceniem otoczenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz